sobota, 12 lipca 2014

kwiaty za płotkiem...i reszta ogrodu

Ot,  taki mój wiejski ogródek założony bez specjalnego projektu, na pewno będzie ulegał zmianom.
Zmiany są potrzebne bo wcześniej był rozsadnikiem, teraz przesadzenia wymagają wybujałe krzewy. A w przyszłym roku dosadzę niebieskie ostróżki i mam nadzieję, że krzewy czerwonych porzeczek dadzą się przesadzić w bardziej słoneczne miejsce. Odsłonią wtedy płotek i rabatę:)
A na razie jest kolorowo z przewagą żółtego.Rudbekie górą!  Czekam aż zakwitną różowe foksy dla kontrastu.




Ogród bujnie sie rozrósł, pomimo ze poświęcam mu mało czasu.
A na tarasie...trochę kwiatów, trochę mebli i miękkich poduszek. Nadal nie skończony... moje marzenie o jego wykończeniu znów się przesunęło. Trudno, są ważniejsze sprawy...



Powód poniżej.... teraz w szpitalu jestem kodem paskowym - jak towar w sklepie. Dziwne uczucie. A jeszcze raz muszę tam wrócić. Nie wiem kiedy, bo  procedury NFZ i służby zdrowia wcale mi tego nie ułatwiają...
Z tego powodu prac do pokazania brak. Wprawdzie przemalowałam donice farbami kredowo -olejowymi od Agnieszki z AGO HOME ale nie zrobiłam im zdjęć. Brakuje mi tez spotykania sie z dziewczynami na warsztatach ale stan zdrowia i wieczne wizyty, badania uniemożliwiły mi te spotkania. Może niebawem znów będę mogła czasem wziąć w nich udział.
 Jak skończę przemalowanie mebelków wiklinowych to się pochwalę w następnym wpisie.
Pozdrawiam i życzę nam wszystkim lepszej, letniej pogody:)

poniedziałek, 7 lipca 2014

wspomnienia z urlopu - Budziszyn/Bautzen

Wizyta w Bautzen czyli w Budziszynie zrobiła na mnie wrażenie i już wiem, że muszę tam wrócić.
Do Budziszyna pojechaliśmy z Anetą i Pawłem-gospodarzami Domu pod Sosnami. To dzięki nim dowiedzieliśmy się jak dużo ciekawych, mało znanych miejsc jest na Dolnych Łużycach, po obu stronach granicy polsko-niemieckiej.
 Miasteczko jest magiczne, średniowieczne mury i wieże, piękne kamieniczki ale najbardziej urzekły mnie zaułki uliczek i cmentarz Serbo-Łużycki.

http://www.l-seifert.de/bautzen/Bautzen-Altstadt.html
Zanim pokażę Wam zdjęcia warto napisać parę słów o historii.
Budziszyn (niem. Nazwa Bautzen) położone jest w niemieckiej Saksonii, blisko granicy polskiej. Ślady osadnictwa ludzkiego na terenie Budziszyna, tzw. kultury łużyckiej, pochodzą z V-IV wieku p.n.e. Budziszyn był grodem założonym przez Słowian połabskich z plemienia Milczan. Przed r. 1000 w Budziszynie, na miejscu zdobytego grodu słowiańskiego, Niemcy założyli zamek Ortenburg, wokół którego powstało późniejsze miasto. Pierwsza pisana wzmianka o nim pochodzi z 1002 r. Gród odgrywał strategiczną rolę w czasie wojen polsko-niemieckich z lat 1002-1018. W 1018 r. w Budziszynie został zawarty pokój między Bolesławem Chrobrym i cesarzem Henrykiem II przyznający miasto Polsce, do której Budziszyn należał do 1032 r. W latach 1032-76 miasto należało do margrabiego Miśni, stając się ośrodkiem kolonizacji niemieckiej na Łużycach. Pierwsza udokumentowana wzmianka o nadaniu praw miejskich pochodzi z 1240 roku. Źródło” Wikipedia”
Budziszyn jest też kulturalnym i politycznym centrum Serbołużyczan. Ten mały słowiański naród zachował do dziś swoją mowę, tradycję, folklor i obyczaje. Warto poczytać o nim więcej,  bo region który już drugi raz zwiedzany jest bardzo ściśle związany z tą mniejszością narodową.
A teraz moje zachwyty! Uwaga będzie dużo zdjęć:)
najpierw trochę średniowiecznych murów miejskich
 A to najbardziej niezwykłe miejsce w tym miasteczku...cmentarz Serbo-Łużycki. Po zniszczonym starym kościele katolickim pozostała jedynie mała kapliczka oraz "skorupa" nawy głównej kościoła. Właśnie wokół tej kapliczki oraz we wnętrzu ruin kościoła założono cmentarz. Panuje tam niezwykła atmosfera. Wysokie ściany ruin z pustymi gotyckimi oknami górują nad starymi grobami. Nie ma tam monumentalnych grobowców, są natomiast ziemne groby całe obsadzone kwitnącymi kwiatami i bukszpanowymi obwódkami. Wokół jest morze starej zieleni, drzew, bluszczu. Wszystko utrzymane w niezwykłym porządku i harmonii. 


dwa poniższe zdjęcia są autorstwa Anety, pięknie uchwyciła wnętrze nawy głównej....
 A taki widok rozpościera się z za muru cmentarza, który góruje nad częscią miasteczka....
W przyszłym roku na pewno tam wrócimy aby wdrapać się na którąś ze średniowiecznych wież i zwiedzić dwuwuznaniową katedrę w której modlą się i katolicy i ewangelicy. Każde wyznanie ma własny ołtarz i organy. 
Na pewno wrócimy też do Domu pod Sosnami bo tam czujemy się jak w domu:)

środa, 2 lipca 2014

nieWYPOCZYNKOWY wyjazd nad morze


Pomiędzy kolejnymi badaniami, z oczekiwaniem aż wreszcie wyznaczą mi termin operacji, tak w międzyczasie znów "łapię kilka srok za ogon" Pomimo, że nadal mam w trakcie realizacji parę mebelków,  ogród i dom na głowie to jeszcze zafundowałam sobie wyjazd do Gdyni..ale nie wypoczynkowy!
Synek "malutki", student  musiał opuścić dotychczas wynajmowane mieszkanie i znalazł nowe. Większe, też blisko pracy i PLAŻY! Wszystko fajnie – tylko mieszkanie bez mebli… nawet kuchennych  i do tego zdemolowane, wyrwane kontakty, dziury w ścianie działowej wielkości pięści, ściany brudne a do tego w jaskrawych kolorach, których mój syn nie lubi. A mamusia co? A mamusia wyszukała używane meble kuchenne, wynalazła jakieś zasłony, firanki, kupiła parę drobiazgów, a tatuś załadował meble i narzędzia na Vana, puszki z farbą, szpachle itp. I w drogę do Gdyni na cztery dni.  Z tyłu głowy myśl się kołatała, że może na chwilkę na plażę wyskoczymy, rybkę jakąś „wrzucimy na ruszt” I z tą myślą ruszyliśmy w drogę. A na miejscu obraz nędzy i rozpaczy. Już po wejściu wiedzieliśmy, że nie damy rady pomalować kuchni i pokoju w 2 dni, bo ściany pokryte są częściowo starymi tapetami, już raz pomalowanymi. Tapety odchodziły w kilku miejscach, dziury w ścianach po kołkach, ściany w kuchni pochlapane tłuszczem… Poza tym okazało się, że trzeba jeszcze parę rzeczy na miejscu dokupić, bo elektryka i hydraulika tez do poprawki, więc znów czas, czas , czas.. Syn od miesiąca mieszka na pudłach i workach, bo przecież sesja egzaminacyjna jest ważniejsza, więc  wszystko porozrzucane do koła, meble postawione w przypadkowych miejscach.. uff. W planie miałam jeszcze tapicerowanie starych krzeseł i fotela oraz malowanie używanych mebli które mój syn kupił w jakimś komisie. Resztę mebli dostał  więc każdy mebel miał inny kolor formę i styl. Niestety na malowanie mebli zabrakło czasu, Przemalowaliśmy tylko okropna niebieska szafę. Resztę malowania ścian dziecko już zrobi samo, pokazałam jak można przemalować meble, i jak docelowo ustawić.
 Fotel PRZED z poduchą w różowe pasy:) Krzesło miało kobaltową tapicerkę w żółte kwadraciki...

Fotel i krzesła po tapicerowaniu. Fioletową ścianę po lewej Student przemaluje sobie sam:)  na jasno szary kolor

 ściana z oknami PRZED
ściana z oknami PO malowaniu. Pewnie lepiej by wyglądały dwie identyczne zasłony na obu oknach ale tyle udało mi sie na szybko przywieźć z domowych zapasów.  Dekoracje odłożyłam na potem.
KuchniaPRZED
Kuchnia PO malowaniu. ściana na wprost pozostała do skończenia. Najważniejsze że jest czysto i schludnie.
Udało się przynajmniej oczyścić ściany i pomalować, wstawić szafki do kuchni, choć na druga ściana wymaga zagospodarowania półkami w kolorze szafek. Na razie jest prowizorka. Najważniejsze że jest czysto i schludnie. Nie ma co inwestować w wynajmowany lokal. Na kolor szafek kuchennych nie miałam wpływu więc pomalowałam ściany na szaro (na zdjęciach mają nienaturalny błękitny kolor) Reszta dodatków też ma być w odcieniach szarości i bieli. W trakcie prac okazało się, że na ścianie z ciągiem szafek nie można nic powiesić do to stelaż z gipso-kartonu, wiec wisząca szafka musi wisieć na ścianie obok. Zresztą na większości ścin w tym mieszkaniu nie można nic cięższego zawiesić. Na razie musi zostać jak jest. Przy następnej wizycie zajmę się malowaniem mebli i dekorowaniem, bo mam nadzieję bywać tam częściej i to w celach wypoczynkowych. W końcu plaża  jest tuż, tuż  a jak się dobrze wychylić z okna to widać port  i maszty Daru Pomorza zacumowanego obok ORP „Błyskawica”   

czwartek, 26 czerwca 2014

Nie lubię..

Nie lubię szpitalnych korytarzy, gabinetów, igieł, badan... nie lubię. Drugi miesiąc latam po lekarzach, sterczę pod gabinetami, odbieram kolejne badania. Wczoraj znów szpitalne klimaty, dobrze że tylko parę godzin, za kilka dni znów ale za to będzie więcej "sankcji" igły,  kroplówki... a potem czekanie na termin operacji.
I coś Wam powiem...piszę to, nie po to żeby narzekać. Po prostu po raz drugi uświadamiam sobie jakim darem od Boga jest życie i zdrowie, jak nie potrafimy tego docenić w naszej codzienności, że nie chorujemy, że możemy chodzić, oddychać, pracować, że mamy zdrowe dzieci. Narzekamy a to że kasy nie ma, a to że czasu nie ma,  a to że pada, a to że upał.....
Doceńcie codzienny spokój, codzienne czynności to że możecie być w domu, z rodziną, że jesteście zdrowi, że jutro też jest dla Was dzień, co z tego że czasem pochmurny ważne by mieć słoneczną duszę!
źródło: internet

wtorek, 24 czerwca 2014

....i znowu stary grat !

Jakiś czas temu kupiłam kolejny stary mebel. Stół wiejski, na oko  stary, może nawet  100 letni. Właściciele obcieli  mu nogi i zrobili niski stół kawowy -  trudno :(    Niestety potraktowali go czarną błyszczącą farbą, chyba akrylową. Nie widać było natomiast żadnych prób ani naprawienia zacinającej się szuflady ani oczyszczenia i wygładzenia spodu stołu. Niestety musicie uwierzyć mi na słowo, bo nie zrobiłam mu zdjęć przed renowacją. Szkoda bo zawsze fajne jest porównanie. Poprosiłam męża aby zaingerował nieco w stan stołu ale bez zbytniego szlifowania bo zależało mi na naturalnym wyglądzie mebla i pozostawieniu oryginalnego zużycia stołu. Nie mogłam jednak pozostawić zaciętej szuflady oraz zadziorów i odstających drzazg od spodu stołu. Po tych zabiegach postanowiłam podstawę pomalować na kolor patynowanej bieli a blat na cynkowo-szary. Całość przetarłam ciemnym woskiem a blat dodatkowo białym. Dwa kolory wosku na blacie podkreśliło rysunek słojów i naturalne zużycie drewna.
Kiedy postawiliśmy do przy naszej kanapie w salonie bardzo nam się podobał ale po chwili miny nam zrzedły! Przecież nie możemy go zatrzymać bo nie jest „chaoso-odporny” czyli nie jest odporny na naszego wielkiego psa o imieniu Chaos. Niestety nasze 60 kg maleństwo strąca wszystko z niskich stolików  ciągle machającym się ogonem. W ten sposób straciłam już parę ładnych kubków i filiżanek, parę wazonów itp. Więc nadal będziemy szukać  stolika odpowiedniej wysokości lub np. starej skrzyni a z tym stołem musimy się rozstać. Więc chcąc - nie chcąc - wystawiłam go na sprzedaż.